Wiedziałem, że są gdzieś blisko. Bielska „poczta pantoflowa” aż huczała od plotek przekazywanych między fotografami i spacerowiczami. Ktoś widział je rano w Komorowicach, ktoś inny twierdził, że kręciły się na Szyndzielni. Ruszyłem ich tropem bez planu i bez presji na długi zimowy spacer. W plecaku miałem herbatę w termosie, a na butach raki.
Mglisty poranek w Beskidach
Pierwszego dnia wchodziłem na Magurę w ciszy przerywanej tylko skrzypieniem śniegu i ćwierkaniem sikor sosnówek. Uważnie wypatrywałem owoców na drzewach, ponieważ to one są kluczem do tej historii. Jemiołuszki pojawiają się nagle, jakby ktoś rozsypał na gałęziach żywe ozdoby. Przez chwilę jest ich pełno, a potem znikają równie szybko i zostawiają po sobie ogołocone krzewy. Tego dnia niebo było ciężkie oraz mleczne, a Beskidy tonęły we mgle. Z Klimczoka poszedłem w stronę Trzech Kopcy, nasłuchując charakterystycznego dzwonienia. Nic, słychać było tylko wiatr.
Przełom na Pogórzu Śląskim
Dopiero następny świt przyniósł przełom, ale już w innej części miasta. Przeniosłem się z beskidzkich szlaków na Pogórze Śląskie, na wzgórze Trzy Lipki. To miejsce w Starym Bielsku ma w sobie coś wyjątkowego. Choć wznosi się zaledwie na 386 m n.p.m. i terytorialnie do Beskidów nie należy, oferuje na nie najlepszy widok. W pobliżu 40-metrowego Krzyża Trzeciego Tysiąclecia, w pierwszych promieniach słońca, jemiołuszki wystawiały swoje zmarznięte dzióbki. Siedziały na drzewach puszyste, z charakterystycznymi czubkami i żółtymi końcówkami ogonów, jakby ktoś je starannie pomalował.
Walka o kadr
Nie były płochliwe. Przelatywały między drzewami Zespołu Przyrodniczo-Krajobrazowego „Sarni Stok” i ogrzewały się w słońcu z zadziwiającą synchronizacją. Kiedy w końcu znalazły się w wizjerze, całe zmęczenie z poprzedniego dnia zniknęło. W fotografii przyrodniczej jest taki krótki, euforyczny moment. To ułamek sekundy, w którym po kilometrach w nogach wstrzymujesz oddech, a palec zastyga na spuście migawki. Na Trzech Lipkach poranek był lodowaty. Przy tej temperaturze palce miałem już niemal drewniane, a utrzymanie stabilnego kadru stało się fantastyczną walką z własnym ciałem. Słyszysz wtedy tylko rytmiczne uderzenia serca i czujesz to charakterystyczne, wewnętrzne „mam to”, które rozgrzewa lepiej niż herbata. To chwila czystej satysfakcji, kiedy mimo drżących z zimna rąk światło i ten jeden konkretny błysk w oku ptaka spotykają się w idealnym punkcie.
Jedwabista etymologia
Patrząc na nie z bliska, pomyślałem o ich nazwie. Jemiołuszka brzmi miękko i swojsko. Polska nazwa wywodzi się oczywiście od jemioły. W łacinie akcenty rozkładają się inaczej: Bombycilla garrulus. Nazwę nadał w 1758 roku Karol Linneusz. Pierwszy człon, Bombycilla, odnosi się do jedwabistego wyglądu piór. Drugi, garrulus, do dźwięcznego, „gadatliwego” trelu, który na otwartej przestrzeni Pogórza słychać, zanim jeszcze ptaki pojawiły się w polu widzenia.
Skrzydlaci goście z północy
Jemiołuszki to goście z dalekiej północy. Do Polski przylatują zimą i szukają owoców takich jak jarzębina, jemioła, głóg czy dzika róża. Potrafią pochłonąć ilość pokarmu równą dwukrotności własnej masy. Stają się przy tym naturalnymi ogrodnikami, ponieważ nasiona przechodzą przez ich układ pokarmowy nienaruszone i są rozsiewane dalej w locie.
Detale ukryte w piórach
Z bliska, w surowym zimowym świetle, widać jak bardzo są „dopracowane”. Mają jedwabiste szarobrązowe upierzenie, czarną maskę i te niezwykłe czerwone kropki na skrzydłach, które przypominają krople laku. Kiedy odleciały, wzgórze znów ucichło. Schodząc zielonym Szlakiem 700-lecia Bielska w stronę miasta, miałem poczucie domknięcia. Nie zawsze chodzi o samo zdjęcie. Czasem istotna jest droga i to, że warto dać się prowadzić przeczuciu, nawet jeśli każe szukać dzień dłużej i to w zupełnie innej części Bielska-Białej, niż początkowo było planowane.
Jak mądrze pomagać?
Jeśli myślisz o dokarmianiu jemiołuszek, pamiętaj, że to nie są ptaki karmnikowe. Najlepsze, co można zrobić, to pozwolić owocom zostać na krzewach. W trudniejszym momencie zimy można zostawić im pokrojone jabłka lub niesiarkowane rodzynki bezpośrednio na śniegu, blisko zadrzewień. To dla nich najlepsze wsparcie w mroźne dni.